Topielec
Pod grubą taflą szklanego
jeziora,
Odbicie lustrzane rozchodzi się w
fali,
A tam w głębinach ktoś imię me
woła.
I krzyczy, że kona w tej czarnej
otchłani.
I krzyczy, zawodzi tym głosem
stłumionym,
Otarty o krańce swojego żywota.
Tym wzrokiem przez głębię już
dawno przyćmionym
Z ostatkiem nadziei- niczym ze złota.
I patrzy w me oczy zmęczone od
łkania
Za niewiadomą ciągle nieznaną,
Która została na prędko
zabrana...
A oczy niewinnie wciąż za nią
łkają.
I łkają wciąż we dnie. I łkają
wciąż w nocy.
Pełne nadziei straconej przed
czasem,
Oczekujące szczerej pomocy,
A nie ukrytej gdzieś za obrazem.
Pod grubą taflą szklanego
jeziora,
Odbicie lustrzane rozchodzi się w
fali,
Tam pływa topielec, który ów
skonał
Lecz wiara jego wciąż jest ze
stali.
J.M.